sobota, 13 września 2008

Wezbrało we mnie


Czasem wzbiera coś we mnie. Może wzbierać przez tygodnie. Niekiedy krócej. Jednak zawsze osiąga to stan, w którym wiem, że dłużej nie wytrzymam i muszę coś uczynić, aby przyszła zmiana. Mam na myśli różne zmiany. Zależy czego dotyczy wzbieranie. Jeśli wzbierają pragnienia i tęsknoty, to muszę uczynić coś więcej niż do tej pory aby przybliżyć się do ich spełnienia. Czasem tylko Bóg może je zaspokoić, więc kiedy we mnie wzbierze to wiem, że jest to czas intensywniejszego niż do tej pory wołania do Niego. Nie muszą to jednak być pragnienia i tęsknoty.
Od jakiegoś czasu wzbierało we mnie uczucie, które mówiło mi: „Dość”. W ostatnich tygodniach osiągnęło ono swoje maksimum. Dość oznacza dość.
Zaczęło się od niewinnej uwagi kogoś, kto - wierzę - miał dobre intencje. Powiedział, że boi się takich kobiet jak ja. Niby nic, nie był pewny jak to wyrazić, wspomniał, że to pewnie jego problem, jednak zasiał ziarno w moim umyśle. Bo niby dlaczego miałby się mnie bać? Bo niby co takiego jest we mnie, co odstrasza ludzi? Powiedział, że to kwestia temperamentu. Nie jestem cicha. Przynajmniej nie zawsze. Raczej zdecydowana. I umiem powiedzieć mężowi bez ogródek co zrobił źle. Oczywiście uczę się jak robić to w miłości. To wystarczy, aby się mnie bać. Spędziłam trochę czasu modląc się i pytając Pana czy coś ze mną jest nie tak. Nie wspomnę już o ilości myśli, które przelatywały mi przez głowę od chwili gdy usłyszałam tamtą uwagę. Nie, nie należę do osób, które bezkrytycznie przyjmują wszystko, co usłyszą na swój temat. Ale należę do osób, które chcą wzrastać, więc staram się przynosić przed Pana wszystkie uwagi, aby nie przegapić napomnienia od Niego. Jaki był efekt?
Mam dość!!! Dość przejmowania się tym, że nie jestem tym, kim ludzie chcieliby bym była. Dość zastanawiania się dlaczego nie jestem taka jak mój mąż. Dość słuchania o tym, że kobieta powinna być taka lub siaka. Być może nie pasuję do stereotypów. Nie bawiłam się lalkami lecz samochodami w dzieciństwie. Grałam w kapsle i chodziłam po drzewach. Uwielbiam nowe wyzwania i ryzyko. Bardziej odnajduję się w „Dzikim Sercu” niż w „Urzekającej”. Nie, nie jestem zbuntowana. Uważam, ze to piękne, iż Bóg ustanowił męża głową rodziny. Jestem taka, jaką Bóg mnie stworzył. Ojcze, dziękuję ci za to, kim jestem. I dziękuję Ci też za to kim NIE jestem. Ty masz plan. Ufam Ci. I rzeczywiście jeśli ktoś obawia się tego jaka jestem, to nie jest to mój problem. Co za wolność!!!

Z życzeniami wszystkim "roztrząsaczom" w myślach. Niech Pan nas oducza tego.

niedziela, 10 sierpnia 2008

Kto ma uszy niechaj słucha

Ty nigdy nie minąłeś człowieka
to myśmy go minęli.
Szukając planów na rozwój kościoła,
układając strategie,
pragnąc mieć wpływ na miliony.
Pochłonęły nas czyny
dobre i potrzebne.
Zaślepiły nas dążenia,
owoce i efekty.

A TY wciąż wychodzisz,
by z dołu ciemnego
wyciągnąć tą jedną
owcę zaginioną.

czwartek, 31 lipca 2008

O niebie

Mogło mi się to przyśnić. Lub zdarzyć naprawdę. Widziałam niebo a tam wielu ludzi. Tych, którzy są znani tu na ziemi z różnych rzeczy. Znani z racji obejmowania ważnych odpowiedzialności. Prorocy, objawiający niezwykłe rzeczy. Nauczyciele głoszący do tłumów, ewangeliści ciągnący za sobą sznur nowonawróconych, ludzie sukcesu, ludzie którym wielu zazdrości.
Patrzyłam na nich i TY zadałeś mi jedno pytanie. Czy wiem, z czego ludzie są znani w niebie. Pomyślałam, że prawdopodobnie nie ze swoich darów. Darów, którymi ich tak hojnie obdarowałeś, by nimi posługiwali. Nie ze słów wiedzy, nie ze słów objawienia, nawet nie z ilości ludzi, których zaprowadzili do Chrystusa. To z czego Panie? - Zadałam ci pytanie.
„Ludzie tutaj są znani z miłości, którą innym dali” - powiedziałeś. Spuściłam wzrok, by nie widzieć tych, którzy są znani na ziemi, lecz nie w niebie.
Niebo różni się od ziemi bardzo. Tak bardzo, że czasem zastanawiam się czy ja ze swoim myśleniem będę tam pasować. Jednak tak długo jak długo uczę się innych kochać, moja nagroda wielka jest.

sobota, 21 czerwca 2008

Szukajcie a znajdziecie

- Nie, nie pamiętam żebym coś zostawiła.
- Na pewno?
- Nie, nie jestem pewna.
- To może jednak wyrwać jej tą torbę i sprawdzić co jest w środku?
- Nie, nie rób tego, proszę.
- To co mam zrobić? A jak tam jest coś co potrzebujesz?
- Porozmawiaj z nią trochę. Jak nie będzie nic mówić to zadzwonię jeszcze raz, może mi powie.
- Dobrze.
Odłożył słuchawkę i spojrzał w kierunku małej.
- Kochanie, choć do mnie. Chciałbym z tobą porozmawiać - powiedział i wyjął ciastka z kredensu.
- I tak nie pokażę!
- A kto mówi, że chcę coś widzieć.
- To o czym porozmawiamy?
- Może o kolacji?
- Chciałabym jogurt z płatkami i z dżemem.
- Świetny pomysł. Ty wyjmij jogurt z lodówki a ja już biorę płatki. Połóż sobie torbę na stole, żeby ci nie przeszkadzała.
- Nie mogę, mówiłam, że nie mogę. Muszę ją mieć przy sobie.
- Dobrze, już dobrze. Choć umyjemy rączki.
Wspięła się na palcach i zanurzyła prawą rękę w ciepłej wodzie płynącej z kranu. Lewą trzymała torbę.
- Jedna wystarczy? Bo drugą mam zajętą.
- Odłóż torbę na moment na bok, to będziesz mogła umyć obie.
- Nie mogę tego zrobić!
Zmarszczył brwi i popatrzył na torbę. Schowała ją za plecy, jakby bała się, że ją prześwietli wzrokiem.
- I co ja mam z tobą zrobić?
- Nie gniewaj się tatuś. Ty też byś tak zrobił. To jest teraz mój skarb. Skarbu się nie porzuca. Ani się nie zostawia. O skarb trzeba się troszczyć.
- Zamierzasz z nim spać?
- Tak, ale najpierw popływam z bąbelkami.
- Razem z torbą?
- Tak.
- To ja dzwonię do cioci.
Odszedł od stołu i podniósł słuchawkę. Patrzyła jak wykręca numer telefonu. Na chwilę przestała jeść jogurt. Wstała od stołu i dosypała sobie więcej płatków.
- Halo? To znowu ja.
- Rozmawiałeś z nią?
- Trochę.
- I co?
- Nic. Nie chce pokazać. Mówi, że to skarb. Jesteś pewna, że nic ci nie brakuje?
- Mówiłam, że nie wydaje mi się. Daj mi ją. Na chwilę.
Odsunął słuchawkę od ucha, spojrzał na córkę.
- Porozmawiasz z ciocią?
Zostawiła łyżeczkę z dżemem na stole koło płatków z jogurtem. Podbiegła do telefonu i chwyciła słuchawkę.
- Ciocia, ciocia to ty?
- Tak. To ja. Co słychać słoneczko?
- Zaopiekowałam się twoimi skarbami. Mam je przy sobie. Nie pokazałam nikomu.
- Pokażesz tatusiowi? To może być coś co potrzebuję. Trzeba będzie wysłać pocztą.
Chwilę wahała się, po czym otworzyła torbę i położyła przed ojcem. W pierwszym momencie nie wiedział co zrobić. Ukucnął i wyjął ze środka przedmioty. Dziewczynka stała nieruchomo przyglądając się temu co robił. Podrapał się po głowie.
- No proszę, co my tu mamy... - powiedział przerywając ciszę.
- Halo? Czy jest tam ktoś? Co się dzieje? - rozległo się w słuchawce.
- Natalia pokazała zawartość - powiedział przyciskając słuchawkę do ucha.
- I co ? Co ja takiego zostawiłam u was?
- Nie uwierzysz. Jedną z rzeczy, którą trzymam w ręku jest pusta butelka po toniku. Musiałaś wyrzucić ją do śmieci.
- Co jeszcze?
- Złamany klips do włosów.
- Coś jeszcze?
- Tak. Jest tu coś, co wygląda jak pogięta kartka papieru. Jest na niej napisane: ''wziąć paszport''. Poczekaj. Wiesz, właśnie wzięła z mojej ręki te rzeczy i poszła do swojego pokoju.
- Co zrobisz? Powiesz jej, że to są tylko śmieci?
...

Wiele lat temu pewien człowiek miał wizję. Widział małą dziewczynkę chodzącą po plaży, zbierającą muszelki i kamyczki. Była szczęśliwa z powodu tego, co znalazła. Dumnie zaciskała w rączce swoje zdobycze, dziękując Bogu za Jego hojność. Do czasu gdy przyszła wielka fala, a w niej był Pan. Bóg powiedział: „Cieszysz się tym, co masz, lecz daleko w głębinach morza mam dla ciebie ukryte prawdziwe skarby i tam właśnie chcę cię zabrać”.
Powyższy tekst dedykuję tym wszystkim, którzy odkryli jak niewielką drobinę trzymają w swoich rękach i którzy z tego powodu stali się głodni. Oraz tym, którzy dopiero to odkryją. Niech Bóg wzbudzi w nas głód prawdziwych rzeczy.

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Rzecz o pojednaniu

Lubię w Tobie to, że Ty nic nie czynisz po płyciźnie. Jak kochasz to na całego, aż do utraty życia. Jak dajesz to wszystko, hojnie i bez wypominania. Jak budujesz coś, to jakość tego przewyższa ludzkie dzieła. Taki Jesteś. Taki już zawsze będziesz.
A my ludzie czasem czynimy rzeczy płytko. Bo jest łatwiej. Bo nikt nas nie nauczył inaczej. Kochamy tak długo, jak długo miłość nas nie zrani. Dajemy tyle, ile nam zbywa. Budujemy podążając drogami na skróty, byleby efekt był szybki. Tacy jesteśmy. Choć tacy być nie musimy.
Widziałam dwoje dzieci, które posprzeczały się o coś. Nie wiem o co. Wiem, że próbowały się pojednać. Jedno podeszło do drugiego, powiedziało tonem oschłym i zimnym „przepraszam”. To drugie spuściło wzrok, by nie patrzeć na winowajcę, zacisnęło piąstki. Zapadła cisza. Patrzyłam jak każde odchodzi w swoją stronę.
Wychowywanie dzieci jest czasochłonne. Zazwyczaj uczymy dzieci mówić „przepraszam” i mamy nadzieję, że to słowo wystarczy. A potem widzimy te same dzieci, które stają się dorosłe i nie wiedzą, jak czynić rzeczy w duchu pojednania. Nie znają tego, czym jest prawdziwe uniżenie. Nie wiedzą tego ludzie ze świata i nie wiedzą tego ludzie w kościele.
A Ty dałeś nam wzór do naśladowania. Możemy nauczyć się wiele z historii o synu, który zostawia swego ojca i idzie trwonić jego majątek. A potem po latach wraca, gdyż dociera do niego, że źle zrobił. Przychodzi w pokorze. Jego serce jest skruszone. Rozumie, że źle zrobił i jest gotów ponieść tego konsekwencje. Żałuje i swój żal ojcu pokazuje. Nie unosi się pychą przepraszając. Nie tłumaczy swojej winy. Nie znajduje usprawiedliwienia dla tego, co uczynił. Przeprasza i prosi o wybaczenie. Jest gotów zrezygnować z bycia synem i stać sie sługą tego, kogo skrzywdził. A ojciec? Ojciec nie ociąga się z pojednaniem. Sam wypatrywał syna latami, prawdopodobnie modlił się i mu błogosławił. Wybiega na drogę, by przywitać syna. Rezygnuje z własnej dumy i czyni krok w stronę tego, który go zranił. Ofiarowuje mu piękne, szczere powitanie. Zalewa swoją miłością. Nie czyni wyrzutów, nie wspomina przeszłości, nie kara go swym wzrokiem. Nie prosi o to, by syn przez kolejne lata odbudowywał jego zaufanie. Zamiast tego przywraca mu synostwo, nagradza przywilejami. Ucztuje i cieszy się z nim. Bo zwrócone mu zostało, to co niegdyś utracił.
Jak cudownie by było, gdybyśmy tak się jednali. Gdybyśmy zawsze byli gotowi dać sobie kolejną i kolejną szansę. Gdybyśmy tak głęboko i z pokorą budowali. I czyż nie do tego właśnie Ty nas powołałeś?

niedziela, 18 maja 2008

Twarda ziemia

Kiedyś ktoś mi opowiadał o tym, jak buduje się dom. Najpierw długo długo kopie się dziurę w ziemi. Zajmuje to wiele czasu i wysiłku. Ma się wrażenie, że pracuje się na darmo, gdyż mimo zużytej siły, domu jak nie było tak nie ma, jest tylko jeden wielki wykop. Ale to właśnie od głębokości tego wykopu i prawidłowości jego wykonania zależą losy przyszłego budynku. A potem zalewa się tą dziurę betonem, kamieniami i innymi materiałami i tak powstaje fundament. Fundament jest najważniejszą częścią budowli, na nim wszystko się opiera, niestety najczęściej nikt nie przystaje na drodze i nie podziwia dziury, którą robotnicy wykopali pod niego. Tworzony w ukryciu, z dala od ludzkiego poklasku. To, co my ludzie podziwiamy, to domy. Nie fundamenty.
A Ty porównałeś ludzi, którzy Cię słuchają i wykonują Twoje słowo do domu zbudowanego na skale. A więc do domu, który ma mocny fundament. Ciekawe, że użyłeś właśnie takiego obrazu. Jakby słuchanie Ciebie i wykonywanie Twojej woli nie było wcale łatwe i przyjemne, lecz wiązało się z ciężką pracą. Jakby posłuszeństwo Tobie było najważniejszą rzeczą, jednak często niewidzialną dla ludzkich oczu, ukrytą przed światem.
Jakby każda rzecz uczyniona ze względu na Ciebie była kamieniem rzuconym pod fundament.
Czasem im głębszy wykop tym ziemia jest twardsza. Zupełnie jak z glebą mego serca. Wspominam pierwsze pchnięcia łopatą, pierwsze akty posłuszeństwa. Wtedy podążanie za Tobą nie wiązało się aż z takim kosztem. Serce z łatwością poddawało się Tobie. Jednak w miarę upływu czasu, łopata zaczęła napotykać na coraz twardszą ziemię, miejsca w moim sercu, które wcale nie tak łatwo poddają się Tobie. Miejsca, na które trzeba wiele cierpliwości i pracy, by zobaczyć rezultaty. Teraz ode mnie zależy czy nie zniechęcę się i zaufam raz jeszcze Twojemu słowu. Słowu, które wykonało we mnie tak wiele pracy i które ma moc zmiękczyć tą twardą ziemię.
Widziałam domy, których budowa ustała po jakimś czasie. Słyszałam o takich budynkach, które zbyt szybko wyrosły spod ziemi i wkrótce „osiadły”, gdyż ktoś postanowił ominąć najważniejszą część procesu budowania i wykopał zbyt płytki fundament. Myślę dziś o tych domach, o tych wszystkich służbach i ludziach, którzy nie zainwestowali wystarczającą ilość czasu by wykopać głęboki fundament. Myślę też o tych, którzy rozpoczęli z zapałem, lecz brak rezultatów zniechęcił ich do dalszej pracy. Dali się okłamać, że skoro nie widać efektu tego, co robią, to najwyraźniej powinni zająć się czymś innym. Poszukać innej metody, innej drogi, takiej, która rodziłaby owoc natychmiast. Bo świat spragniony jest natychmiastowych rezultatów.
Myślę i myśli moje Ty zamieniasz w wołanie za tymi wszystkimi, którzy utknęli budując fundament. Którzy „osiedli”. Którzy zaczęli się zastanawiać czy warto kopać dalej, skoro ziemia jest tak twarda, skoro jest tak trudno. Nie daj nam stanąć, Ojcze. Nie daj nam przyjąć to kłamstwo, że są rzeczy ważniejsze niż budowanie fundamentu. Daj nam zobaczyć jak ważne jest, by fundamenty były głębokie, bo domy, które na nich pragniesz zbudować będą reprezentować wspaniałą, Bożą jakość. Pomóż nam zgodzić się na ciężką pracę w ukryciu, której nikt nigdy nie zobaczy. Pracę, którą tylko Ty docenisz i nagrodzisz.
Pomóż nam wykopać piękne, głębokie fundamenty.

sobota, 10 maja 2008

O słabościach

To niezwykłe jak chętnie Ty posługujesz się moimi słabościami, aby ochronić mnie przed pychą. Czasem celowo odkrywasz je przy innych, bo wiesz, że to zatrzyma mnie w miejscu uniżenia. Ja chcę je ukryć. Taka jest moja natura. Chcę je schować, aby nikt ich nie widział. A Ty wyjmujesz je i pokazujesz innym. Nie robisz tego, by mnie ośmieszyć. Nie chcesz poniżyć mnie, lecz nauczyć polegać na Twojej łasce.
Ciekawe, że my ludzie często myślimy, że oznaką siły jest nie okazywanie żadnych słabości. Nie chcemy o nich mówić. Boimy się, że stracimy uznanie wśród ludzi. A tymczasem okazuje się, że kiedy ich nie ukrywamy, to właśnie wtedy zyskujemy szacunek.
Słyszałam o małym chłopcu, który okazał słabość będąc w szkole i zachował się nie tak jak należy w stosunku do kolegi. Ktoś dorosły widział to i postanowił wymierzyć mu karę. Rzucił się na chłopca i przygniótł go do ziemi. Chłopiec prawdopodobnie zdążył tylko zamknąć przepełnione lękiem powieki. A potem słuchał sądu kogoś, kto nigdy prawdopodobnie nie był napominany w miłości, więc nie wiedział jak to uczynić.
Pomyślałam, że to podobne do naszej ludzkiej natury. Stać z boku i dostrzegać czyjeś słabości a potem szybko je osądzić. Mamy tendencję do oceniania czyjegoś życia na podstawie jednej reakcji, której byliśmy świadkiem. Nie patrzymy tak, jak Ty patrzysz. Widzimy to, co na zewnątrz człowieka i nie dostrzegamy jego serca. Bez Ciebie nie jesteśmy w stanie widzieć inaczej.
Jak dobrze, że Ty patrzysz na moje serce bardziej niż na moje reakcje. Jak dobrze, że Ty nigdy nie rezygnujesz ze mnie mimo moich upadków. Masz przed oczyma całe moje życie, a nie jedną sytuację. Nie koncentrujesz się na moich porażkach. Dostrzegasz w moim sercu rzeczy, których ja nie widzę. Widzisz chęci, intencje, starania. Widzisz najgłębsze pragnienia mego serca. I nie przestajesz być zadowolony ze mnie. Dziękuję Ci, że dziś nie boję się przyznać, że jestem kobietą wielu słabości. Ale kobietą, w której zamieszkała moc Boża.

piątek, 2 maja 2008

Schematy, schematy, schematy

To zadziwiające jak prosto my ludzie sprowadzamy wszystko do jednego schematu. Zamykamy siebie i innych w małych, ciasnych pudełkach. Podpisujemy je. A potem cieszymy się, bo wydaje się nam, że wszystko juz pojęliśmy. Myślimy, że zrozumieliśmy Boże drogi. Że nic nie może wstrząsnąć naszymi przekonaniami. Trzymamy się ich niczym kotwicy. Czujemy się w nich bezpiecznie. Do czasu, kiedy przyjdzie huragan.
To dlatego chcielibyśmy także wiarę zapakować, podpisać, uprościć, zamienić ją na schemat. Łatwy w użyciu, działający dla każdego o każdej porze, w ten sam sposób. Pragniemy, żeby ktoś nam mówił czy mieć wiarę to oznacza zrobić to czy tamto. Chcemy wierzyć, lecz zamiast tego szukamy szybkich, łatwych odpowiedzi. Czy wierzyć to oznacza zażyć te lekarstwa, czy wierzyć to oznacza wyrzucić je do kosza. Czy wierzyć to znaczy natychmiast ujrzeć jak Bóg mnie uzdrawia. Czy wierzyć to raz pomodlić się, a dobrze, czy wierzyć to trwać w nieustającej modlitwie aż do przełomu. Czy wierzyć to rozdać wszystko i zostawić sobie tylko pięć spódnic. Czy wierzyć to czynić rzeczy bez przerwy, czy wierzyć to usiąść i czekać na Niego.
Dążymy do tego, by ktoś podał nam na tacy łatwy przepis na wszystko. Siedem kroków prowadzących do pięciu kluczy otwierających dwoje drzwi do jednej reguły na szczęście. To lubimy. Przynajmniej większość z nas. A wiara nie jest posiadaniem łatwych w użyciu schematów. Nie jest trwaniem przy jednej racji. Wiara jest szukaniem jednej, właściwej, najwspanialszej relacji. I tylko w niej – żywej relacji z Tatusiem Niebieskim - można znaleźć odpowiedzi. Zaskakujące i mądre. Zmieniające perspektywę, otwierające pudełka, do których weszliśmy. Pełne miłości rady, przynoszące pokój i życie, zamiast potępienia i zniechęcenia.
Mocno wierzę w uzdrowienie. Modlę się za każdym razem, kiedy Bóg pobudza mnie do modlitwy za chorego człowieka. Ogłaszam zdrowie, bo wiem, że to jest Bożym planem dla każdego Jego dziecka. Ale wiem też, że czasem trzeba więcej wiary, by przez coś przejść, niż zostać uzdrowionym natychmiast.
Potrzebujemy takich wniosków, by owocować. Niech Bóg – wspaniały ogrodnik - poobcina te wszystkie gałęzie, które zamiast przynosić, to wysysają z nas życie. Schematy, schematy, schematy. I zatopmy się w relacji z Nim. Niech sam Ojciec mówi nam, co mamy czynić, a potem to czyńmy. Wiara niech rodzi się w relacji.

niedziela, 27 kwietnia 2008

Stop for the one. Love the one. It is so simple...

Stała wpatrzona w etykiety taśm klejących. Słyszała dookoła tysiące rozmów. Ludzie w potrzebie i bez potrzeby, kupujący za gotówkę i na kredyt. Stąpający powoli i biorący udział w wyścigu po promocje. Bohaterowie dramatów i sympatycy telenoweli. Odwróciła się, by odejść od regału. Znieruchomiała. Chciała coś powiedzieć, lecz przerwał jej pytaniem. Czy wie gdzie można znaleźć dział z oświetleniem. W prawej ręce, która trzęsła się trzymał przepaloną żarówkę. W lewej ściskał laskę i podpierał się na niej. Wątpiła czy przez okulary, które miał na nosie widział ją i półki dookoła. Musiał mieć więcej lat niż jej pradziadek. Opisała drogę i patrzyła za nim jak się oddala i znika za regałem. Poszła w kierunku działu z kwiatami. Dotykała płatki tulipanów. I wtedy go usłyszała.
Zza regałów wydobywał się słaby, zduszony odległością głos. Szeleściły gazety przeglądane przez panów i panie, huczały głośniki prosząc o uwagę, krzyczały dzieci ciągnące czyjeś rękawy, mamrotały myśli niemych przechodniów. A ona słyszała ciche „halo” powtarzane bez przerwy w innym dziale. Zajrzała przez szparę w ściance i zdumiała się. Stał po środku działu z naczyniami kuchennymi. Trzymał przepaloną żarówkę lekko w górze, laską podpierał się jak wcześniej. I mówił cały czas „halo” do tych, co śpiesząc się do nikąd go mijali. Podeszła i wsunęła rękę pod jego ramię. „Czy myśli pani, że uda się pani ją znaleźć? Poszukamy – odpowiedziała z trudem łapiąc oddech.

środa, 16 kwietnia 2008

Małe rzeczy

Mój synek ma zabawkę z Izraela, którą bardzo lubi się bawić. Przezroczysta tuba, składająca się z wielu szkiełek iluminujących światło, a w środku setka małych różnokolorowych kuleczek, które spadają to na jedną, to na drugą stronę. Taka prosta, a cieszy.
Patrzę na te różnokolorowe kulki, podobne wielkością do ziaren gorczycy. I zaczynam myśleć o niej. O tym, że jej ziarna są tak małe, a wyrastają z nich ogromne drzewa. Coś, co jest ledwie dostrzegalne daje początek czemuś większemu, co wszyscy widzą i podziwiają. Małe, niepozorne ziarno godzi się być zagrzebane w ziemię, ukryte przed światem, do czasu aż przyjdzie odpowiednia pora i zacznie kiełkować. Następnie ukaże swe pędy. A potem urośnie i stanie się wielkim drzewem.
Mogłeś stworzyć to inaczej. Ale nie chciałeś. Pragnąłeś, bym patrząc na małe ziarno wiedziała, że przeznaczyłeś je do bycia wielkim. Wiedziałeś, że kiedy będę o nim rozmyślać przyjdą mi na myśl wszystkie małe rzeczy, których ja nie doceniam, a które mają dla Ciebie tak wielkie znaczenie. Wszystkie niepozorne czyny, słowa, gesty. Dostrzegalne tylko dla Twoich oczu decyzje serca. Ukryte akty posłuszeństwa. Ty nie gardzisz nimi. Nie gardzisz małymi początkami. To dlatego postanowiłeś, że małe rzeczy będą dawać początek wielkim.