piątek, 10 lipca 2009

Rzeczy cenne i cenniejsze

Siedzę ostatnio dużo w piaskownicy. Bo mój synek, jak większość dzieci, kocha bawić się w piasku. Wczoraj towarzyszyły nam dwie dziewczynki w wieku cztery i dwa latka. Nakładam Natankowi piasek do foremki i kątem oka widzę jak starsza dziewczynka sięga rączką po nasze wiaderko, które jest duże, większe od tego, które ma ona i jej siostra. "Mogę pożyczyć?" – pyta, a my z Natanem nie mamy nic przeciwko, więc mój synek podaje jej wiaderko. Dalej robimy babki a dziewczynka nasypuje piasek do wiaderka, które pożyczyła, a po chwili rozpoczyna dialog ze swoją siostrą. Brzmi on mniej więcej tak:

- Ja mam wiaderko i ty masz wiaderko

- Tak, to prawda

- Ja sypie piasek i ty sypiesz piasek

- Acha...?

- Ja robię babe i ty robisz babe... tyle, że... ja mam większe wiaderko, więc moja baba jest większa.

Odwracam się do dziewczynki w tym momencie, bo nie wytrzymuję napięcia i obawiam się kierunku, w którym idzie ten wywód, więc zadaję z uśmiechem pytanie: A czy jeśli ta baba jest większa, to znaczy, że jest lepsza?

Ciekawe, że my ludzie dorośli często też myślimy tak jak dzieci. Wydaje się nam, że są rzeczy wielkie, które możemy uczynić oraz rzeczy od nich większe, a przez to bardziej cenne. Sami sporządzamy w naszych sercach hierarchię, a potem dążymy do uczynienia w naszym życiu rzeczy największych. Dlatego łatwo poddajemy się myśleniu, które narzuca nam podział na rzeczy ważne i ważniejsze. Oczywiście wcale się do tego nie przyznajemy, zaprzeczamy przy każdej okazji, ale to nasze wybory i decyzje zdają się najbardziej potwierdzać lub zaprzeczać tą prawdę. Na przykład wolelibyśmy być uznanym prawnikiem niż panią w sklepie spożywczym, o której nikt nic nie wie. Wolelibyśmy być prezesem firmy niż jej odźwiernym. Chcielibyśmy, jeśli głosimy, aby tysiąc ludzi pojednało się z Bogiem a nie jeden. Dążymy do tego, aby nasza służba była znana przez wszystkich dookoła, bo to, co widać jest większe od tego, co w ukryciu. Oczywiście pragnienie wielkości jest wpisane przez Boga w nasze serce. Ale to nie ono jest tu problemem. Problemem jest nasze myślenie, które uznaje pewne rzeczy za nieważne, mimo tego, że z perspektywy Bożej często to właśnie one są najcenniejsze. Pan Bóg nie myśli tak jak my myślimy. Dla Niego rzeczy są ważne wcale nie z powodu ich wielkości. On uznaje jakąś rzecz za cenną tylko dlatego, że została wykonana przez kogoś kto jest cenny. A my jesteśmy dla Niego cenni. Więc wszystko, co czynimy, bez względu na to jak małe nam się to wydaje, jest dla Tatusia cenne. Cóż za pociecha i zachęta zarazem!

środa, 8 kwietnia 2009

O kontroli

Kontrola to złudzenie,
ciemna ścieżka do nikąd,
myśli, biegnące tam, gdzie chce nasze ego,
wola, zacięta w tym, co moje,
emocje rozwrzeszczane.

A brak jej to wolność,
akceptacja z radością,
ufność Komuś, kto większy,
nie patrzenie na okoliczności.

Brak kontroli to życie
płynące w pokoju.
To wybór świadomy,
kiedy dzień nowy się budzi
i gdy sztorm rozbija statek.
By tak samo mocno
kochać, mieć nadzieję, wierzyć.
I by dalej biec w stronę
domu Ojca.

Myślę od jakiegoś czasu o kontroli. Wydaje mi się, że my ludzie, czasem mamy złudne myśli na jej temat. Bo chcemy mieć wpływ na wszystko. Ale prawda jest taka, ze bez względu na to, jak bardzo będziemy się starać, bez względu na to, ile wysiłku w to włożymy, to i tak na pewne rzeczy nie uda nam się wpłynąć. Nie uda nam się uniknąć trudnych sytuacji. Nie wpłyniemy na to, jak ludzie nas potraktują. Nie wpłyniemy na zewnętrzne okoliczności, tak długo jak długo Bóg nie objawi nam swojej woli i nie wciągnie nas w walkę o to.
Kontrola to czarna ścieżka. Daje chwilowe poczucie spełnienia, ale zaraz potem naraża nas na szarpaninę emocji i brak pokoju. Wydaje się nam że mamy nad czymś kontrolę, a zaraz potem odkrywamy, że tak wcale nie jest i wpadamy w panikę. Chcemy odzyskać to, co utracilimy, zamiast uznać, ze nigdy tego nie mieliśmy.
Zupełnie inaczej jest, kiedy od początku godzimy się na to, żeby jej nie mieć. Gdy dociera do nas, że nie do tego Bóg nas powołał. Wtedy godzimy się na to, by przyszły do naszego życia rzeczy niespodziewane i nieoczekiwane. Zarówno te trudne, negatywne jak i pozytywne. Wtedy przekonujemy się, że nie kontrola lecz samokontrola ma wielką zapłatę. Moja postawa wobec tego, co przyjdzie. Mój pokój w czasie burzy, moja radość w czasie smutku, moja nadzieja w beznadziei. Na to przede wszystkim mamy mieć wpływ. O to jedynie warto walczyć. O nastawienie wobec sztormu. Nie mogę kontrolować mojego życia, bo nie mam władzy nad nim. Ktoś inny mi je dał i ktoś inny mi je odbiera. Ja mam władzę za to nad moimi myślami. Nad moim językiem. Nad moimi emocjami. Nad moją odpowiedzią na to, co ujrzę jutro.

piątek, 13 lutego 2009

Bez tytułu

Wybrałeś mnie
i mą milość ku Tobie
ponad to wszystko,
co dla Ciebie robię

Wybrałeś mnie
i mą miłość ku Tobie
ponad owoc mego życia
ponad mą służbę

I dlatego wołam:
zakochałam się w Tobie!
I dlatego wołam:
kocham Cię!

Choć ma miłość jest słaba
choć jest niedojrzała
dla Ciebie jest piękna
ona skarbem jest

Nawet w mej słabości
pożądasz mej miłości
nazywasz ją cudną
nie odrzucasz jej

I dlatego wołam:
zakochałam się w Tobie!
I dlatego wołam:
kocham cię!

*

Serce Pana Boga jest wspaniałe. Myślę, że żadnymi słowami ludzkimi nie da się wyrazić jego piękna. Można za to przyglądać się mu jak wschodom i zachodom słońca, wpadać w zachwyt z powodu różnorodności barw i kolorów i codzień widzieć inny jego kawałek. Mam modlitwę w sercu, którą zanoszę często do Boga. To wołanie o to, by pokazał mi jakie jest Jego serce. Chcę je znać i chcę zachwycać się nim każdego dnia. Bo bez
Pana Boga nie jestem w stanie zobaczyć Jego serca. Ani go zrozumieć. Ani doświadczyć. Jednak On słyszy nas gdy wołamy. Wychodzi nam naprzeciw. I wtedy myślimy, że to nasza tęsknota przywiodła Go do nas. Okazuje się jednak, że On zatęsknił wcześniej...

Od jakiegoś czasu przeżywam mocno to, co Pan Bóg mi pokazał o swoim sercu. Widzę Jego serce głodne mojej miłości. Serce, które tęskni za drugim sercem, które będzie pełne miłości dla Niego. Serce, które pożąda mojej miłości i jej najbardziej. Ważne jest to, co dla Niego robię. On widzi każdą rzecz, którą Mu dałam. Ale jednego Pan Bóg będzie pragnął zawsze najbardziej. Mego serca. Całego i niepodzielonego. Nieważne jest dla Niego na jakim etapie jestem w kochaniu Go. Bóg wie, że jestem w drodze. On wie, że moja miłość jest słaba. Widzi, że jest niedojrzała. Ale to mu w ogóle nie przeszkadza. On nie powołał mnie do tego, bym dzisiaj złożyła przed Nim dar z doskonałej mojej miłości. Dojrzałej i mocnej. Zamiast tego zaprosił mnie do tego, bym nie bała się dawać Mu mojej słabej miłości. Bym nie wstydziła się przychodząc złamana i niedojrzała. Bym nie kryła mojej niedoskonałej miłości przed Nim. Bo Jego myśli o mojej słabej miłości różnią się od moich. Bóg uwielbia przyjmować miłość, płynącą ze szczerego serca. Dla Niego nawet moja słaba miłość jest cenna. Jest piękna.

sobota, 13 grudnia 2008

Boże zwycięstwa

Pewien człowiek otrzymał od Boga zadanie. Bóg powiedział mu, aby pchał ścianę. Ów człowiek zabrał się z zapałem do pracy. Pchał miesiąc. Pchał drugi miesiąc. W trzecim miesiącu usiadł sfrustrowany i powiedział do Boga: „Oto powiedziałeś mi, że mam pchać tę ścianę. Pcham ją już trzy miesiące, a ona ani drgnie. Kiedy wreszcie ją przesunę?” Na to pytanie Bóg uśmiechnął się do człowieka i rzekł: „Mój drogi, ty nic nie zrozumiałeś, powiedziałem ci, abyś pchał tą ścianę, ale nic nie wspominałem o tym, że masz ją przesunąć”.
Ciekawe kiedy ja się nauczę, że Boże zwycięstwa wyglądają trochę inaczej niż moje. Kiedy pojmę, że często gdy Bóg mnie o coś prosi, to nie ma wcale na myśli tego czy owego celu, ale ma na myśli cele o wiele wyższe i wspanialsze niż jestem w stanie sobie wyobrazić. Kiedy dotrze do mnie, że to, co z mojej perspektywy często wydaje się niczym, dla Boga ma wielką wartość.
Myślę sobie dziś o wszystkich tych momentach, gdy wydawało mi się, że poniosłam porażkę. Szczególnie wspominam rok 2005, bo wtedy właśnie dostałam od Pana zachętę w postaci obrazu, który pojawił się w mych myślach. Widziałam monetę. A każda moneta ma stronę z orłem i z reszką. Lecz ta moneta, którą widziałam w myślach, którą wierzę Bóg wówczas mi pokazywał i dawał, była wyjątkowa. Po jednej stronie miała napis „porażka”, a po drugiej „zwycięstwo”. Bóg obracał w moich myślach tą monetą. I mówił do mnie, że ja mam tendencje do tego, by uważać za porażkę to, co On nazywa zwycięstwem. Od tamtej pory próbuję pamiętać o tym, że Boże drogi nie są moimi drogami. Że muszę szukać Go by rozumieć Jego działanie w moim życiu i by uczyć się wciąż od Niego. Odkryłam jakiś czas temu co najbardziej mi przeszkadza w tej nauce. Wydaje mi się, że jest to patrzenie na okoliczności. Chcielibyśmy być wolni od tego. Ale często nie jesteśmy.
Więc gdy okoliczności robią się nieciekawe nam się wydaje, że to, do czego Bóg nas powołuje i czego pragnie dla nas, to, byśmy w modlitwie wpłynęli na te okoliczności. Nie mówię, że czasem rzeczywiście Bóg nas do tego nie powołuje. W końcu kto, jeśli nie dzieci Boże mają autorytet by zmieniać świat. Lecz jeśli mamy problem w zbytnim koncentrowaniu się na górach, które przed nami wyrastają, to w większości przypadków to, czego będzie pragnąć nasza dusza, to jak najszybciej usunąć tą górę z przed naszych oczu. W takiej wizji będziemy upatrywać nasze zwycięstwo. I o to będziemy się modlić. I tak jak człowiek z opowieści przytoczonej przeze mnie będziemy zawiedzeni, jeśli góra pierwszego dnia nie zniknie. Niektórzy z nas być może nawet znajdą przyjemność w biczowaniu siebie z powodu zbyt małej wiary, tymczasem Bogu wcale nie o zniknięcie tej góry może chodzić. Może więc warto czasem zmienić nasze modlitwy? Może warto modlić się o siłę, by na tą górę się wdrapać? A może Bóg ma inne pomysły? Dobry Panie, pomóż nam patrzeć na okoliczności Twoimi oczami. I pomóż nam dostrzec jakich zwycięstw dla nas pragniesz, byśmy mogli cieszyć się wraz z Tobą osiągając je. Bo TY cieszysz się naszymi zwycięstwami.

poniedziałek, 10 listopada 2008

Radość z jednej łyżeczki

Rozbraja mnie patrzenie na małe dzieci. One są takie spontaniczne i radosne. Cieszą się małymi rzeczami tak jakby wcale nie były to małe rzeczy, lecz wielkie. Tak jakby życie składało się z miliardów małych rzeczy, które są po to, by cieszyć. My dorośli często gubimy tę umiejętność, bo świat wciąga nas w gonitwę za tym, co wielkie. Te wielkie nie oznaczają wcale złych. Mogą to być dobre rzeczy. Mogą to być rzeczy, do których Bóg nas powołał, tylko nie na teraz, lecz na później. Niemniej nawet dobre cele i wizje mogą nas zaślepić jeśli przestaniemy cieszyć się małymi cudami chwili obecnej. Co więcej, jeśli stracimy radość z czynienia małych rzeczy damy się ograbić diabłu z radości czynienia rzeczy wielkich. Bo wielkie nie będą nas cieszyć, jeśli małych nie świętowaliśmy.
Mój synek uczy mnie prawdziwej radości z małych rzeczy. Uczy mnie zauważać takie momenty, które warto zapamiętać i być za nie wdzięcznym. Uczy mnie czekać i cieszyć się, bo czekanie to podobno taki czas, kiedy możemy cieszyć się z tego, czego jeszcze nie ma.
Właśnie jesteśmy na etapie nauki jedzenia. Chodzi o to, by Natan nauczył się jeść inne rzeczy niż pierś mamusi w takich ilościach, by to zaspokajało jego potrzeby. Do tej pory nie osiągnęliśmy celu naszej nauki, gdyż Natanek ma swoje mocne preferencje. Pierś traktuje jako swój główny posiłek, a wszystko inne to dodatki. Uczę się cierpliwości i wytrwałości, bo jak się widzi po raz kolejny brokuły wszędzie tylko nie w buzi mojego syna, to łatwo się zniechęcić i zarzucić proces uczenia. Jednak dwa dni temu nastąpił przełom. Nabrałam na łyżeczkę krupniczek, włożyłam do buzi Natana i czekałam aż wypluje. Jednakże mój synek połknął krupniczek. „Aha – myślę sobie – a co zrobisz z kolejną?”. Nabrałam drugą łyżeczkę, podsunęłam mu pod buzie, a Natan nagle zrobił te swoje wielkie niebieskie oczy jeszcze większe, rozdziawił buzie w uśmiechu i zaczął sobie bić brawo, bo przecież połknął jedną pełną łyżeczkę zupy. Cofnęłam łyżkę z zupą i zdałam sobie sprawę z tego, że moje dziecko właśnie uczy mnie cieszyć się tą jedną zjedzoną przez niego łyżeczką zupy, i to cieszyć się w pełni, tak jakby zjadł cały talerz co najmniej. Zdecydowałam, że będę się cieszyć i będę razem z nim świętować. Podziękowałam Bogu za to, że zjadł jedną. Nabrałam kolejną. Znowu połknął i znów bił sobie brawo. Potem trzecią i dziesiątą i po każdej biłam brawo razem z nim, ciesząc się jak dziecko. Aż zjedliśmy większość zupki.
Myślę sobie dzisiaj o tym, że chcę pamiętać te wszystkie małe rzeczy, za które jestem Bogu wdzięczna. Każde ludzkie życie, do którego przemiany Bóg używa dzisiaj mnie i mojego męża. Każdą chwile, podczas której Bóg woła we mnie. Każdą pieśń, która dzięki Jego łasce rodzi się w mym sercu. Każdą prawdziwą relację, którą Bóg mi daje na teraz i na później. Każdy najmniejszy gest, który daję Natankowi składając w jego sercu depozyt. Każde spotkanie w naszym domu z tymi, z którymi Bóg nas połączył. Chcę cieszyć się nimi i świętować z ich powodu. Każda z tych rzeczy ma wielką przyszłość. A ja dziękuję ci Ojcze za to, że dziś nauczyłeś mnie patrzeć na nie tak, jak niebo na nie patrzy. Z radością.

poniedziałek, 13 października 2008

Po co nam te błędy

Mój synek właśnie stawia pierwsze kroki. Niepewne i chwiejne, ale i tak jesteśmy z nich dumni. Jeszcze niedawno uczył się stawać przy meblach, podchodził na czworakach do kanapy, wyciągał do niej rączki, podpierał się na nich i wstawał. Kilka razy się przewrócił, ale dzięki temu nauczył się jak bezpiecznie upadać. Teraz kiedy stoi i nagle straci równowage to nie przewraca się do przodu, ale szybko siada na pupe. Wiem, że te błędy były mu potrzebne i zaczynam myśleć o swoich...
Kilka dni temu dostałam słonecznika. Był piękny i bardzo mnie cieszył. Kiedyś wymyśliłam sobie, że Pan Bóg stworzył słoneczniki bo chciał aby na ziemi były kwiaty, które są jak Jego uśmiech. Ilekroć patrzę na nie lub je dostaję wiem, że niebo uśmiecha się do mnie i ja też się uśmiecham. Dostałam go, ale on nie był przeznaczony dla mnie. Kilka minut później usłyszałam jak Pan Bóg mówi mi w sercu, żebym oddala go dziewczynie, która właśnie wyłoniła się zza zakrętu. Chciałabym napisać, że bez wahania poszłam w jej kierunku i oddałam słonecznika. Chciałabym napisać, że jeden Bóg wie co dla tej dziewczyny znaczyło nagle otrzymać za darmo słonecznika. Jednak tak się nie stało. Tym razem uwierzyłam diabłu, który wmówił mi, że to nie Pan Bóg do mnie powiedział. Zagłuszyłam cichy szept i wróciłam do domu aby nacieszyć się słonecznikiem. Jednak słonecznik po kilku godzinach nagle zwiędł i usechł. Patrzyłam na jego pomarszczone liście i dotarło do mnie dlaczego uszło z niego życie. On nie był dla mnie. Tego samego dnia mój mąż trzymał w swoich dłoniach moją mokrą od łez twarz i mówił do mnie: "Wybacz sobie". Wybaczyłam i zaufałam, że Bóg kolejny raz wyprowadzi dobro z mego błędu. Nauczy mnie natychmiast reagować na swój głos.
Uczę się. Ciągle się uczę. I znowu sie uczę. Chociaż mogłabym w tym miejscu opisać wiele zwycięstw, jednak bardziej pragnęłam podzielić się porażką. Bo porażki nie są od tego by sie ich wstydzić, aby schować do szafy i nie wspominac więcej. Kazda porazka jest szansą dla mnie, bo dzięki niej mogę stać się kimś lepszym. Nie lubię popełniać błędów, ale gdybym ich nie popełniała prawdopodobnie byłabym dumna niczym paw i daleka od Bożego serca. A tak przynajmniej wiem kim jestem i nie myslę o sobie więcej niż Bóg mysli o mnie. Kiedyś pomodliłam się tą odważna modlitwą, aby Bóg zatrzymał mnie w miejscu uniżenia i On to czyni między innymi pozwalając mi popełniać błędy.
Miałam sen kilka lat temu. Biegłam w nim pod górę a droga była stroma i ciężka do pokonania. Jednak dałam rade i dobiegłam do końca. Na szczycie czekał na mnie anioł, który gdy tylko mnie zobaczył z troską przemówił do mnie: "Asia, ale widzisz w tym wyścigu nie chodzi o to, by biec pod górę, lecz żeby biec w dół...". Uścisnęłam jego dłoń, podziękowałam za słowo i natychmiast zaczełam biec w dół. Wydawało mi się, że się uśmięchnął, może nawet pomachał.
Ten sen był niczym balsam na moje serce. Zrozumiałam, że moje błędy nie są problemem. Jeśli tylko będę mieć właściwe serce, które nie będzie się bać unizenia, Pan Bóg skieruje mnie w odpowiednim momencie na właściwą drogę. Drogę uniżenia. Bo On pokornym łaskę daje, a pysznym się sprzeciwia.

sobota, 13 września 2008

Wezbrało we mnie


Czasem wzbiera coś we mnie. Może wzbierać przez tygodnie. Niekiedy krócej. Jednak zawsze osiąga to stan, w którym wiem, że dłużej nie wytrzymam i muszę coś uczynić, aby przyszła zmiana. Mam na myśli różne zmiany. Zależy czego dotyczy wzbieranie. Jeśli wzbierają pragnienia i tęsknoty, to muszę uczynić coś więcej niż do tej pory aby przybliżyć się do ich spełnienia. Czasem tylko Bóg może je zaspokoić, więc kiedy we mnie wzbierze to wiem, że jest to czas intensywniejszego niż do tej pory wołania do Niego. Nie muszą to jednak być pragnienia i tęsknoty.
Od jakiegoś czasu wzbierało we mnie uczucie, które mówiło mi: „Dość”. W ostatnich tygodniach osiągnęło ono swoje maksimum. Dość oznacza dość.
Zaczęło się od niewinnej uwagi kogoś, kto - wierzę - miał dobre intencje. Powiedział, że boi się takich kobiet jak ja. Niby nic, nie był pewny jak to wyrazić, wspomniał, że to pewnie jego problem, jednak zasiał ziarno w moim umyśle. Bo niby dlaczego miałby się mnie bać? Bo niby co takiego jest we mnie, co odstrasza ludzi? Powiedział, że to kwestia temperamentu. Nie jestem cicha. Przynajmniej nie zawsze. Raczej zdecydowana. I umiem powiedzieć mężowi bez ogródek co zrobił źle. Oczywiście uczę się jak robić to w miłości. To wystarczy, aby się mnie bać. Spędziłam trochę czasu modląc się i pytając Pana czy coś ze mną jest nie tak. Nie wspomnę już o ilości myśli, które przelatywały mi przez głowę od chwili gdy usłyszałam tamtą uwagę. Nie, nie należę do osób, które bezkrytycznie przyjmują wszystko, co usłyszą na swój temat. Ale należę do osób, które chcą wzrastać, więc staram się przynosić przed Pana wszystkie uwagi, aby nie przegapić napomnienia od Niego. Jaki był efekt?
Mam dość!!! Dość przejmowania się tym, że nie jestem tym, kim ludzie chcieliby bym była. Dość zastanawiania się dlaczego nie jestem taka jak mój mąż. Dość słuchania o tym, że kobieta powinna być taka lub siaka. Być może nie pasuję do stereotypów. Nie bawiłam się lalkami lecz samochodami w dzieciństwie. Grałam w kapsle i chodziłam po drzewach. Uwielbiam nowe wyzwania i ryzyko. Bardziej odnajduję się w „Dzikim Sercu” niż w „Urzekającej”. Nie, nie jestem zbuntowana. Uważam, ze to piękne, iż Bóg ustanowił męża głową rodziny. Jestem taka, jaką Bóg mnie stworzył. Ojcze, dziękuję ci za to, kim jestem. I dziękuję Ci też za to kim NIE jestem. Ty masz plan. Ufam Ci. I rzeczywiście jeśli ktoś obawia się tego jaka jestem, to nie jest to mój problem. Co za wolność!!!

Z życzeniami wszystkim "roztrząsaczom" w myślach. Niech Pan nas oducza tego.

niedziela, 10 sierpnia 2008

Kto ma uszy niechaj słucha

Ty nigdy nie minąłeś człowieka
to myśmy go minęli.
Szukając planów na rozwój kościoła,
układając strategie,
pragnąc mieć wpływ na miliony.
Pochłonęły nas czyny
dobre i potrzebne.
Zaślepiły nas dążenia,
owoce i efekty.

A TY wciąż wychodzisz,
by z dołu ciemnego
wyciągnąć tą jedną
owcę zaginioną.

czwartek, 31 lipca 2008

O niebie

Mogło mi się to przyśnić. Lub zdarzyć naprawdę. Widziałam niebo a tam wielu ludzi. Tych, którzy są znani tu na ziemi z różnych rzeczy. Znani z racji obejmowania ważnych odpowiedzialności. Prorocy, objawiający niezwykłe rzeczy. Nauczyciele głoszący do tłumów, ewangeliści ciągnący za sobą sznur nowonawróconych, ludzie sukcesu, ludzie którym wielu zazdrości.
Patrzyłam na nich i TY zadałeś mi jedno pytanie. Czy wiem, z czego ludzie są znani w niebie. Pomyślałam, że prawdopodobnie nie ze swoich darów. Darów, którymi ich tak hojnie obdarowałeś, by nimi posługiwali. Nie ze słów wiedzy, nie ze słów objawienia, nawet nie z ilości ludzi, których zaprowadzili do Chrystusa. To z czego Panie? - Zadałam ci pytanie.
„Ludzie tutaj są znani z miłości, którą innym dali” - powiedziałeś. Spuściłam wzrok, by nie widzieć tych, którzy są znani na ziemi, lecz nie w niebie.
Niebo różni się od ziemi bardzo. Tak bardzo, że czasem zastanawiam się czy ja ze swoim myśleniem będę tam pasować. Jednak tak długo jak długo uczę się innych kochać, moja nagroda wielka jest.

sobota, 21 czerwca 2008

Szukajcie a znajdziecie

- Nie, nie pamiętam żebym coś zostawiła.
- Na pewno?
- Nie, nie jestem pewna.
- To może jednak wyrwać jej tą torbę i sprawdzić co jest w środku?
- Nie, nie rób tego, proszę.
- To co mam zrobić? A jak tam jest coś co potrzebujesz?
- Porozmawiaj z nią trochę. Jak nie będzie nic mówić to zadzwonię jeszcze raz, może mi powie.
- Dobrze.
Odłożył słuchawkę i spojrzał w kierunku małej.
- Kochanie, choć do mnie. Chciałbym z tobą porozmawiać - powiedział i wyjął ciastka z kredensu.
- I tak nie pokażę!
- A kto mówi, że chcę coś widzieć.
- To o czym porozmawiamy?
- Może o kolacji?
- Chciałabym jogurt z płatkami i z dżemem.
- Świetny pomysł. Ty wyjmij jogurt z lodówki a ja już biorę płatki. Połóż sobie torbę na stole, żeby ci nie przeszkadzała.
- Nie mogę, mówiłam, że nie mogę. Muszę ją mieć przy sobie.
- Dobrze, już dobrze. Choć umyjemy rączki.
Wspięła się na palcach i zanurzyła prawą rękę w ciepłej wodzie płynącej z kranu. Lewą trzymała torbę.
- Jedna wystarczy? Bo drugą mam zajętą.
- Odłóż torbę na moment na bok, to będziesz mogła umyć obie.
- Nie mogę tego zrobić!
Zmarszczył brwi i popatrzył na torbę. Schowała ją za plecy, jakby bała się, że ją prześwietli wzrokiem.
- I co ja mam z tobą zrobić?
- Nie gniewaj się tatuś. Ty też byś tak zrobił. To jest teraz mój skarb. Skarbu się nie porzuca. Ani się nie zostawia. O skarb trzeba się troszczyć.
- Zamierzasz z nim spać?
- Tak, ale najpierw popływam z bąbelkami.
- Razem z torbą?
- Tak.
- To ja dzwonię do cioci.
Odszedł od stołu i podniósł słuchawkę. Patrzyła jak wykręca numer telefonu. Na chwilę przestała jeść jogurt. Wstała od stołu i dosypała sobie więcej płatków.
- Halo? To znowu ja.
- Rozmawiałeś z nią?
- Trochę.
- I co?
- Nic. Nie chce pokazać. Mówi, że to skarb. Jesteś pewna, że nic ci nie brakuje?
- Mówiłam, że nie wydaje mi się. Daj mi ją. Na chwilę.
Odsunął słuchawkę od ucha, spojrzał na córkę.
- Porozmawiasz z ciocią?
Zostawiła łyżeczkę z dżemem na stole koło płatków z jogurtem. Podbiegła do telefonu i chwyciła słuchawkę.
- Ciocia, ciocia to ty?
- Tak. To ja. Co słychać słoneczko?
- Zaopiekowałam się twoimi skarbami. Mam je przy sobie. Nie pokazałam nikomu.
- Pokażesz tatusiowi? To może być coś co potrzebuję. Trzeba będzie wysłać pocztą.
Chwilę wahała się, po czym otworzyła torbę i położyła przed ojcem. W pierwszym momencie nie wiedział co zrobić. Ukucnął i wyjął ze środka przedmioty. Dziewczynka stała nieruchomo przyglądając się temu co robił. Podrapał się po głowie.
- No proszę, co my tu mamy... - powiedział przerywając ciszę.
- Halo? Czy jest tam ktoś? Co się dzieje? - rozległo się w słuchawce.
- Natalia pokazała zawartość - powiedział przyciskając słuchawkę do ucha.
- I co ? Co ja takiego zostawiłam u was?
- Nie uwierzysz. Jedną z rzeczy, którą trzymam w ręku jest pusta butelka po toniku. Musiałaś wyrzucić ją do śmieci.
- Co jeszcze?
- Złamany klips do włosów.
- Coś jeszcze?
- Tak. Jest tu coś, co wygląda jak pogięta kartka papieru. Jest na niej napisane: ''wziąć paszport''. Poczekaj. Wiesz, właśnie wzięła z mojej ręki te rzeczy i poszła do swojego pokoju.
- Co zrobisz? Powiesz jej, że to są tylko śmieci?
...

Wiele lat temu pewien człowiek miał wizję. Widział małą dziewczynkę chodzącą po plaży, zbierającą muszelki i kamyczki. Była szczęśliwa z powodu tego, co znalazła. Dumnie zaciskała w rączce swoje zdobycze, dziękując Bogu za Jego hojność. Do czasu gdy przyszła wielka fala, a w niej był Pan. Bóg powiedział: „Cieszysz się tym, co masz, lecz daleko w głębinach morza mam dla ciebie ukryte prawdziwe skarby i tam właśnie chcę cię zabrać”.
Powyższy tekst dedykuję tym wszystkim, którzy odkryli jak niewielką drobinę trzymają w swoich rękach i którzy z tego powodu stali się głodni. Oraz tym, którzy dopiero to odkryją. Niech Bóg wzbudzi w nas głód prawdziwych rzeczy.