Przeczytałam jakiś czas temu w pewnej książce takie zdanie: "Każdy z nas uczy się czekać na pomoc od Pana". Niewiem czemu poruszyło mnie to zdanie tak bardzo, że zostało we mnie aż do dziś. Nie czynię wysiłków aby je zapamiętać, a ono we mnie jest i tak. Czy czekam na pomoc od Pana? O, z pewnością. Wielu z nas czeka. Jednak to, co mnie w tym zdaniu zastanawia najbardziej to pierwsza część - mówiąca o tym, że każdy z nas uczy się czekać. Wydaje się, że czekanie jest po prostu czekaniem, staniem w miejscu, zatrzymaniem. Czego więc można się uczyć jeśli chodzi o czekanie? Otóż wiele rzeczy, ale odkryłam, że istnieją dwa kłamastwa, które nie pozwolają nam się uczyć. Po pierwsze wierzymy w to, że czekanie jest bierną czynnością, niczym więcej. Po drugie wydaje się nam, że podczas czekania nie dzieje się nic. Tymczasem Biblia bardzo dużo mówi na temat czekania i etymologia tego słowa wcale nie wskazuje na to, że czekanie jest bierną czynnością. Z języka Hebrajskiego słowo czekać, używane w kontekście czekania na pomoc od Pana, znaczy także mieć nadzieję, spodziewać się i wypatrywać. Ani posiadanie nadziei, ani tym bardziej spodziewanie się czy wypatrywanie nie są czynnościami biernymi. Wymagają od nas zaangażowania, skierowania naszego wzroku w odpowiednią stronę, a co za tym idzie szukania Tego, od kogo pomoc z pewnością przyjdzie. Czy coś się dzieje podczas takiego czekania? Biblia mówi, że ci, którzy czekają, a więc mają nadzieję, ufają - oni nabierają siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną i nie mdleją, idą a nie ustają. Ostatnio kiedy przeczytałam ten werset zrozumiałąm, że właśnie czekając nabieram siły, właśnie czekając otrzymuję skrzydła od Pana, aby wzbić się wyżej niż do tej pory. Mając nadzieję i ufając Mu, mogę biec i nie mdleję choć ciało jest słabe i ma ochotę zemdleć. A więc to podczas czekania, podczas szukania Go - dzieją się rzeczy, które mają ogromne znaczenie. Dlatego pragnę uczyć się czekać na pomoc od Pana.
niedziela, 13 marca 2011
Uczyć się czekać
Przeczytałam jakiś czas temu w pewnej książce takie zdanie: "Każdy z nas uczy się czekać na pomoc od Pana". Niewiem czemu poruszyło mnie to zdanie tak bardzo, że zostało we mnie aż do dziś. Nie czynię wysiłków aby je zapamiętać, a ono we mnie jest i tak. Czy czekam na pomoc od Pana? O, z pewnością. Wielu z nas czeka. Jednak to, co mnie w tym zdaniu zastanawia najbardziej to pierwsza część - mówiąca o tym, że każdy z nas uczy się czekać. Wydaje się, że czekanie jest po prostu czekaniem, staniem w miejscu, zatrzymaniem. Czego więc można się uczyć jeśli chodzi o czekanie? Otóż wiele rzeczy, ale odkryłam, że istnieją dwa kłamastwa, które nie pozwolają nam się uczyć. Po pierwsze wierzymy w to, że czekanie jest bierną czynnością, niczym więcej. Po drugie wydaje się nam, że podczas czekania nie dzieje się nic. Tymczasem Biblia bardzo dużo mówi na temat czekania i etymologia tego słowa wcale nie wskazuje na to, że czekanie jest bierną czynnością. Z języka Hebrajskiego słowo czekać, używane w kontekście czekania na pomoc od Pana, znaczy także mieć nadzieję, spodziewać się i wypatrywać. Ani posiadanie nadziei, ani tym bardziej spodziewanie się czy wypatrywanie nie są czynnościami biernymi. Wymagają od nas zaangażowania, skierowania naszego wzroku w odpowiednią stronę, a co za tym idzie szukania Tego, od kogo pomoc z pewnością przyjdzie. Czy coś się dzieje podczas takiego czekania? Biblia mówi, że ci, którzy czekają, a więc mają nadzieję, ufają - oni nabierają siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną i nie mdleją, idą a nie ustają. Ostatnio kiedy przeczytałam ten werset zrozumiałąm, że właśnie czekając nabieram siły, właśnie czekając otrzymuję skrzydła od Pana, aby wzbić się wyżej niż do tej pory. Mając nadzieję i ufając Mu, mogę biec i nie mdleję choć ciało jest słabe i ma ochotę zemdleć. A więc to podczas czekania, podczas szukania Go - dzieją się rzeczy, które mają ogromne znaczenie. Dlatego pragnę uczyć się czekać na pomoc od Pana.
niedziela, 26 grudnia 2010
Co może jedno "tak"
Abraham, Mojżesz, Jozue, Dawid...i wielu wielu innych a potem ona. Kobieta znikąd. Kobieta, o której nikt nie słyszał ani nie wiedział. Jedynie Bóg, bo On ją wybrał. Maria - matka Jezusa. W dniu, w którym przyszedł do niej anioł, by oznajmić jej wolę Pana Boga z pewnością się bała. Może nawet była przerażona. Jej Bóg, ten, któremu ufała, oznajmia jej, że uczyni ją brzemienną, zanim posiądzie męża. A więc wystawi ją na niebezpieczeństwo. Bo nie wiadomo jak zareaguje Józef dowiedziawszy się o sprawie. Być może ją wyrzuci. Być może ukamienuje. Z pewnością czeka ją hańba. Strach pomyśleć co jeszcze. A o tym co jeszcze Maria wtedy z pewnością myślała. Nie, nie wypowiedziała żadnej z tych myśli, zamiast tego zgodziła się z Bogiem - niech mi się stanie tak, jak mówisz - powiedziała. sobota, 20 listopada 2010
O holizmach
Czasem rzeczy wymagają więcej stron maszynopisu. Ostatni post włożył zdaje się przysłowiowy kij w mrowisko. Gwoli wyjaśnienia i rozświetlenia tematu postanowiłam napisać o holizmach. Co to są holizmy? Co to jest alkoholizm? Co to jest pracoholizm? Otóż większość z nas chyba się zgodzi, że terminy te mają raczej nagatywne znaczenie. Jednak mimo tego, że pracoholizm jest czymś niedobrym, nikt nie twierdzi, że praca sama w sobie jest niedobra. Wręcz przeciwnie, praca może dawać nam wiele satysfakcji i przyjemności, jeśli wykonujemy ją w równowadze. Podobnie jest z wszelkimi innymi holizmami. Uzależnienie od alkoholu nie neguje samego alkoholu i nie oznacza, że spożywanie go w małych ilościach i z umiarem jest tak samo złe. Identycznie rzecz ma się z odpowiedzialnoholizmem. Ludzie uzależnieni od noszenia na sobie cudzej odpowiedzialności wcale nie pomagają ani ludziom dookoła ani sobie, gdyż odpowiedzialnoholizm - tak jak każdy inny holizm - zabija ich wewnętrzne siły i trzeźwe myślenie. To nie znaczy, że świadomi istnienia takiego zjawiska powinniśmy stać się obojętni na innych i nie próbować im pomagać, wręcz przeciwnie, wówczas możemy pomagać dużo bardziej skutecznie, gdyż z mądrością i opierając się nie na swoich umiejętnościach lecz na Panu Bogu. Niemniej czy rzeczywiście jesteśmy świadomi tego, że czasem dźwigamy na sobie odpowiedzialność, której nigdy nam Pan Bóg nie powierzył? sobota, 16 października 2010
A ja tam wolę wolność
Tak mnie wzięło na refleksję dzisiaj. Jacy my bywamy odpowiedzialni przez duże "O" czasami. W dobrej wierze i z najlepszych motywacji. Bo kochamy ludzi. Bo Pan Bóg powierzył nam zadania wielkiej wagi. Bo jesteśmy tymi, którzy z definicji mają mieć dobry i słuszny wpływ na innych. Więc się staramy. Więc się przejmujemy. Więc działamy. A potem przychodzi ktoś, kto ma problem, o kim święcie jesteśmy przekonani, że dobrze wiemy na co jest chory i co powinien zażyć, by wyzdrowieć. Tyle, że on okazuje się, jest na co innego chory. Albo nie jest tak szybki w przyjmowaniu naszych rad, albo istnieje pięćset innych powodów, o których nie wiemy i nawet nie chcemy wiedzieć. Najważniejsze żeby mu pomóc. Jeśli nie łagodnie to na siłę. Stosując środki zastraszania i przymusu. Brzmi drastycznie? A może znajomo? Tak tak, odpowiedzialność jest czasem przytłaczająca. Co zrobić, żeby tamten to zrobił. A co zrobić, żeby ten tego nie robił. A jak nic nie skutkuje to co dalej zrobić? Jak mieć wpływ na wszystko wokół? Bo tylko tak my odpowiedzialni ludzie czujemy się dowartościowani, kiedy innych zmieniamy...sobota, 2 października 2010
Jedna rzecz
Miałam sen. A w nim, ktoś przychylny mi, siedział w wielkim, miękkim fotelu i mówił mi, że na świecie jest coraz trudniej, a ludzie wierzący niestety wpadają w panikę. Niektórzy robią rzeczy, których Pan Bóg w ogóle im nie powiedział. Inni mówią, że skoro jest trudno, to nie warto rodzić dzieci. Jeszcze inni wpadli na pomysł, że darują sobie robienie rzeczy, które normalnie by robili. Wszyscy oni z powodu paniki tracą trzeźwe myślenie. Ich myśli zapuszczają się w rejony, w których Pana Boga nie ma. A potem przyszedł ktoś inny w moim śnie i mówił spokojnym głosem co należy w tych czasach robić. Mówił tylko o jednej rzeczy i powtarzał ją stale. Jak płyta, która się zacięła, słyszałam tylko to jedno zdanie: słuchajcie Pana Boga i róbcie tylko to, co wam mówi. To wystarczy. On powie wam wszystko, co potrzebujecie wiedzieć...piątek, 20 sierpnia 2010
Jestem, kim jestem
Tak sobie siedzę i myślę, ileż łatwiej nam jest w kościele gdy nie udajemy, nie staramy się być kimś kim nie jesteśmy, nie próbujemy udzielać poprawnych odpowiedzi,tylko jesteśmy jacy jesteśmy.Pan Bóg wie, kim jestem. Wie też, kim nie jestem. Pan Bóg wie, co mi wychodzi. Wie też, w czym nawalam bez przerwy. Pan Bóg zna moją duszę na wylot. Zna wszystkie moje lęki i obawy. Wiem, że niektórzy z nas wyrzucili słowo lęk ze słownika chrześcijańskiego, bo ludziom bożym nie wolno się bać. Pan Bóg nienawidzi strachu, strach zabija wiarę, lęk najlepiej jak nie istnieje, a jeśli mimo tego co wiemy nadal istnieje, to najlepiej go zanegować. Wyprzeć. Za żadne skarby nie przyznawać się do lęku. Wiem co piszę, bo stosowałam. Zgodnie z zaleceniami. I co? Nie pomogło. Negowanie nie unicestwia.
Tak sobie siedzę i myślę, ileż normalniej i realniej jest gdy w kościele ludzie są ludźmi najpierw a dopiero potem chrześcijanami. Tacy nie muszą wdziewać peleryn, ani chować tego jacy są, bo wiedzą, że Bóg kocha to, co słabe. Są słabi. Są naturalni. Są sobą. Nie potrzebują równać do nikogo.
Myślę, że Ezechiel był takim człowiekiem. Bo gdyby nie był, to jaką odpowiedź udzieliłby Panu Bogu na pytanie: czy ożyją te kości? Może powiedziałby "tak, z pewnością ożyją". Albo może: "tak Panie, wierzę, że ożyją!". Nie, nie takiej odpowiedzi udzielił Ezechiel. On powiedział: "nie wiem Panie, ty wiesz"...
Siedzę sobie i myślę ile w swoim życiu udzielił "poprawnych" odpowiedzi, aby dojść do wniosku, że nie warto nic udawać ale warto mówić szczerze. I czy wiele go kosztowało by pośród tej doliny suchych kości, w ciemności i beznadziei powiedzieć Bogu, który wszystko może, w twarz: "nie wiem".
Czasem mocno identyfikuję się z Ezechielem. Staram się nie starać się udzielać "poprawnych" odpowiedzi. Nie udaję silnej. Jestem sobą. I mam odwagę powiedzieć, że się boję. Że trzęsę się jak galareta bo niebo się zmienia, widzę Jezusa chodzącego po wodzie i wiem, że czas abym wyszła z łodzi. Wiem, że zaraz mnie zawoła. Wiem, że czeka mnie przygoda. Ale boję się, jak nie wiem co. Czy wysiądę? Nie wiem. Panie Boże,ty wiesz. Walcz z moim lękiem. Wierzę, że ujrzę dobroć twoją Panie. Po raz kolejny.
Polecam się TWEJ modlitwie kochany ty, który to czytasz. Boję się!!!Boję się zmian,które przychodzą do mego życia. I dzielę się tym z tobą. Żebyś wiedział kim jestem. Słaba ASIA niesiona łaską TATUSIA.
wtorek, 30 marca 2010
Tam, gdzie nie ma nadziei
Tam, gdzie nie ma nadziei środa, 27 stycznia 2010
środa, 2 grudnia 2009
Ukryte skarby

Ja Pan, dam ci schowane w mroku skarby i ukryte kosztowności, abyś poznał, że Ja jestem.
piątek, 10 lipca 2009
Rzeczy cenne i cenniejsze
Siedzę ostatnio dużo w piaskownicy. Bo mój synek, jak większość dzieci, kocha bawić się w piasku. Wczoraj towarzyszyły nam dwie dziewczynki w wieku cztery i dwa latka. Nakładam Natankowi piasek do foremki i kątem oka widzę jak starsza dziewczynka sięga rączką po nasze wiaderko, które jest duże, większe od tego, które ma ona i jej siostra. "Mogę pożyczyć?" – pyta, a my z Natanem nie mamy nic przeciwko, więc mój synek podaje jej wiaderko. Dalej robimy babki a dziewczynka nasypuje piasek do wiaderka, które pożyczyła, a po chwili rozpoczyna dialog ze swoją siostrą. Brzmi on mniej więcej tak:- Ja mam wiaderko i ty masz wiaderko
- Tak, to prawda
- Ja sypie piasek i ty sypiesz piasek
- Acha...?
- Ja robię babe i ty robisz babe... tyle, że... ja mam większe wiaderko, więc moja baba jest większa.
Odwracam się do dziewczynki w tym momencie, bo nie wytrzymuję napięcia i obawiam się kierunku, w którym idzie ten wywód, więc zadaję z uśmiechem pytanie: A czy jeśli ta baba jest większa, to znaczy, że jest lepsza?
Ciekawe, że my ludzie dorośli często też myślimy tak jak dzieci. Wydaje się nam, że są rzeczy wielkie, które możemy uczynić oraz rzeczy od nich większe, a przez to bardziej cenne. Sami sporządzamy w naszych sercach hierarchię, a potem dążymy do uczynienia w naszym życiu rzeczy największych. Dlatego łatwo poddajemy się myśleniu, które narzuca nam podział na rzeczy ważne i ważniejsze. Oczywiście wcale się do tego nie przyznajemy, zaprzeczamy przy każdej okazji, ale to nasze wybory i decyzje zdają się najbardziej potwierdzać lub zaprzeczać tą prawdę. Na przykład wolelibyśmy być uznanym prawnikiem niż panią w sklepie spożywczym, o której nikt nic nie wie. Wolelibyśmy być prezesem firmy niż jej odźwiernym. Chcielibyśmy, jeśli głosimy, aby tysiąc ludzi pojednało się z Bogiem a nie jeden. Dążymy do tego, aby nasza służba była znana przez wszystkich dookoła, bo to, co widać jest większe od tego, co w ukryciu. Oczywiście pragnienie wielkości jest wpisane przez Boga w nasze serce. Ale to nie ono jest tu problemem. Problemem jest nasze myślenie, które uznaje pewne rzeczy za nieważne, mimo tego, że z perspektywy Bożej często to właśnie one są najcenniejsze. Pan Bóg nie myśli tak jak my myślimy. Dla Niego rzeczy są ważne wcale nie z powodu ich wielkości. On uznaje jakąś rzecz za cenną tylko dlatego, że została wykonana przez kogoś kto jest cenny. A my jesteśmy dla Niego cenni. Więc wszystko, co czynimy, bez względu na to jak małe nam się to wydaje, jest dla Tatusia cenne. Cóż za pociecha i zachęta zarazem!
