Miałam sen. A w nim, ktoś przychylny mi, siedział w wielkim, miękkim fotelu i mówił mi, że na świecie jest coraz trudniej, a ludzie wierzący niestety wpadają w panikę. Niektórzy robią rzeczy, których Pan Bóg w ogóle im nie powiedział. Inni mówią, że skoro jest trudno, to nie warto rodzić dzieci. Jeszcze inni wpadli na pomysł, że darują sobie robienie rzeczy, które normalnie by robili. Wszyscy oni z powodu paniki tracą trzeźwe myślenie. Ich myśli zapuszczają się w rejony, w których Pana Boga nie ma. A potem przyszedł ktoś inny w moim śnie i mówił spokojnym głosem co należy w tych czasach robić. Mówił tylko o jednej rzeczy i powtarzał ją stale. Jak płyta, która się zacięła, słyszałam tylko to jedno zdanie: słuchajcie Pana Boga i róbcie tylko to, co wam mówi. To wystarczy. On powie wam wszystko, co potrzebujecie wiedzieć...sobota, 2 października 2010
Jedna rzecz
Miałam sen. A w nim, ktoś przychylny mi, siedział w wielkim, miękkim fotelu i mówił mi, że na świecie jest coraz trudniej, a ludzie wierzący niestety wpadają w panikę. Niektórzy robią rzeczy, których Pan Bóg w ogóle im nie powiedział. Inni mówią, że skoro jest trudno, to nie warto rodzić dzieci. Jeszcze inni wpadli na pomysł, że darują sobie robienie rzeczy, które normalnie by robili. Wszyscy oni z powodu paniki tracą trzeźwe myślenie. Ich myśli zapuszczają się w rejony, w których Pana Boga nie ma. A potem przyszedł ktoś inny w moim śnie i mówił spokojnym głosem co należy w tych czasach robić. Mówił tylko o jednej rzeczy i powtarzał ją stale. Jak płyta, która się zacięła, słyszałam tylko to jedno zdanie: słuchajcie Pana Boga i róbcie tylko to, co wam mówi. To wystarczy. On powie wam wszystko, co potrzebujecie wiedzieć...piątek, 20 sierpnia 2010
Jestem, kim jestem
Tak sobie siedzę i myślę, ileż łatwiej nam jest w kościele gdy nie udajemy, nie staramy się być kimś kim nie jesteśmy, nie próbujemy udzielać poprawnych odpowiedzi,tylko jesteśmy jacy jesteśmy.Pan Bóg wie, kim jestem. Wie też, kim nie jestem. Pan Bóg wie, co mi wychodzi. Wie też, w czym nawalam bez przerwy. Pan Bóg zna moją duszę na wylot. Zna wszystkie moje lęki i obawy. Wiem, że niektórzy z nas wyrzucili słowo lęk ze słownika chrześcijańskiego, bo ludziom bożym nie wolno się bać. Pan Bóg nienawidzi strachu, strach zabija wiarę, lęk najlepiej jak nie istnieje, a jeśli mimo tego co wiemy nadal istnieje, to najlepiej go zanegować. Wyprzeć. Za żadne skarby nie przyznawać się do lęku. Wiem co piszę, bo stosowałam. Zgodnie z zaleceniami. I co? Nie pomogło. Negowanie nie unicestwia.
Tak sobie siedzę i myślę, ileż normalniej i realniej jest gdy w kościele ludzie są ludźmi najpierw a dopiero potem chrześcijanami. Tacy nie muszą wdziewać peleryn, ani chować tego jacy są, bo wiedzą, że Bóg kocha to, co słabe. Są słabi. Są naturalni. Są sobą. Nie potrzebują równać do nikogo.
Myślę, że Ezechiel był takim człowiekiem. Bo gdyby nie był, to jaką odpowiedź udzieliłby Panu Bogu na pytanie: czy ożyją te kości? Może powiedziałby "tak, z pewnością ożyją". Albo może: "tak Panie, wierzę, że ożyją!". Nie, nie takiej odpowiedzi udzielił Ezechiel. On powiedział: "nie wiem Panie, ty wiesz"...
Siedzę sobie i myślę ile w swoim życiu udzielił "poprawnych" odpowiedzi, aby dojść do wniosku, że nie warto nic udawać ale warto mówić szczerze. I czy wiele go kosztowało by pośród tej doliny suchych kości, w ciemności i beznadziei powiedzieć Bogu, który wszystko może, w twarz: "nie wiem".
Czasem mocno identyfikuję się z Ezechielem. Staram się nie starać się udzielać "poprawnych" odpowiedzi. Nie udaję silnej. Jestem sobą. I mam odwagę powiedzieć, że się boję. Że trzęsę się jak galareta bo niebo się zmienia, widzę Jezusa chodzącego po wodzie i wiem, że czas abym wyszła z łodzi. Wiem, że zaraz mnie zawoła. Wiem, że czeka mnie przygoda. Ale boję się, jak nie wiem co. Czy wysiądę? Nie wiem. Panie Boże,ty wiesz. Walcz z moim lękiem. Wierzę, że ujrzę dobroć twoją Panie. Po raz kolejny.
Polecam się TWEJ modlitwie kochany ty, który to czytasz. Boję się!!!Boję się zmian,które przychodzą do mego życia. I dzielę się tym z tobą. Żebyś wiedział kim jestem. Słaba ASIA niesiona łaską TATUSIA.
wtorek, 30 marca 2010
Tam, gdzie nie ma nadziei
Tam, gdzie nie ma nadziei środa, 27 stycznia 2010
środa, 2 grudnia 2009
Ukryte skarby

Ja Pan, dam ci schowane w mroku skarby i ukryte kosztowności, abyś poznał, że Ja jestem.
piątek, 10 lipca 2009
Rzeczy cenne i cenniejsze
Siedzę ostatnio dużo w piaskownicy. Bo mój synek, jak większość dzieci, kocha bawić się w piasku. Wczoraj towarzyszyły nam dwie dziewczynki w wieku cztery i dwa latka. Nakładam Natankowi piasek do foremki i kątem oka widzę jak starsza dziewczynka sięga rączką po nasze wiaderko, które jest duże, większe od tego, które ma ona i jej siostra. "Mogę pożyczyć?" – pyta, a my z Natanem nie mamy nic przeciwko, więc mój synek podaje jej wiaderko. Dalej robimy babki a dziewczynka nasypuje piasek do wiaderka, które pożyczyła, a po chwili rozpoczyna dialog ze swoją siostrą. Brzmi on mniej więcej tak:- Ja mam wiaderko i ty masz wiaderko
- Tak, to prawda
- Ja sypie piasek i ty sypiesz piasek
- Acha...?
- Ja robię babe i ty robisz babe... tyle, że... ja mam większe wiaderko, więc moja baba jest większa.
Odwracam się do dziewczynki w tym momencie, bo nie wytrzymuję napięcia i obawiam się kierunku, w którym idzie ten wywód, więc zadaję z uśmiechem pytanie: A czy jeśli ta baba jest większa, to znaczy, że jest lepsza?
Ciekawe, że my ludzie dorośli często też myślimy tak jak dzieci. Wydaje się nam, że są rzeczy wielkie, które możemy uczynić oraz rzeczy od nich większe, a przez to bardziej cenne. Sami sporządzamy w naszych sercach hierarchię, a potem dążymy do uczynienia w naszym życiu rzeczy największych. Dlatego łatwo poddajemy się myśleniu, które narzuca nam podział na rzeczy ważne i ważniejsze. Oczywiście wcale się do tego nie przyznajemy, zaprzeczamy przy każdej okazji, ale to nasze wybory i decyzje zdają się najbardziej potwierdzać lub zaprzeczać tą prawdę. Na przykład wolelibyśmy być uznanym prawnikiem niż panią w sklepie spożywczym, o której nikt nic nie wie. Wolelibyśmy być prezesem firmy niż jej odźwiernym. Chcielibyśmy, jeśli głosimy, aby tysiąc ludzi pojednało się z Bogiem a nie jeden. Dążymy do tego, aby nasza służba była znana przez wszystkich dookoła, bo to, co widać jest większe od tego, co w ukryciu. Oczywiście pragnienie wielkości jest wpisane przez Boga w nasze serce. Ale to nie ono jest tu problemem. Problemem jest nasze myślenie, które uznaje pewne rzeczy za nieważne, mimo tego, że z perspektywy Bożej często to właśnie one są najcenniejsze. Pan Bóg nie myśli tak jak my myślimy. Dla Niego rzeczy są ważne wcale nie z powodu ich wielkości. On uznaje jakąś rzecz za cenną tylko dlatego, że została wykonana przez kogoś kto jest cenny. A my jesteśmy dla Niego cenni. Więc wszystko, co czynimy, bez względu na to jak małe nam się to wydaje, jest dla Tatusia cenne. Cóż za pociecha i zachęta zarazem!
środa, 8 kwietnia 2009
O kontroli
Kontrola to złudzenie,ciemna ścieżka do nikąd,
myśli, biegnące tam, gdzie chce nasze ego,
wola, zacięta w tym, co moje,
emocje rozwrzeszczane.
A brak jej to wolność,
akceptacja z radością,
ufność Komuś, kto większy,
nie patrzenie na okoliczności.
Brak kontroli to życie
płynące w pokoju.
To wybór świadomy,
kiedy dzień nowy się budzi
i gdy sztorm rozbija statek.
By tak samo mocno
kochać, mieć nadzieję, wierzyć.
I by dalej biec w stronę
domu Ojca.
Myślę od jakiegoś czasu o kontroli. Wydaje mi się, że my ludzie, czasem mamy złudne myśli na jej temat. Bo chcemy mieć wpływ na wszystko. Ale prawda jest taka, ze bez względu na to, jak bardzo będziemy się starać, bez względu na to, ile wysiłku w to włożymy, to i tak na pewne rzeczy nie uda nam się wpłynąć. Nie uda nam się uniknąć trudnych sytuacji. Nie wpłyniemy na to, jak ludzie nas potraktują. Nie wpłyniemy na zewnętrzne okoliczności, tak długo jak długo Bóg nie objawi nam swojej woli i nie wciągnie nas w walkę o to.
Kontrola to czarna ścieżka. Daje chwilowe poczucie spełnienia, ale zaraz potem naraża nas na szarpaninę emocji i brak pokoju. Wydaje się nam że mamy nad czymś kontrolę, a zaraz potem odkrywamy, że tak wcale nie jest i wpadamy w panikę. Chcemy odzyskać to, co utracilimy, zamiast uznać, ze nigdy tego nie mieliśmy.
Zupełnie inaczej jest, kiedy od początku godzimy się na to, żeby jej nie mieć. Gdy dociera do nas, że nie do tego Bóg nas powołał. Wtedy godzimy się na to, by przyszły do naszego życia rzeczy niespodziewane i nieoczekiwane. Zarówno te trudne, negatywne jak i pozytywne. Wtedy przekonujemy się, że nie kontrola lecz samokontrola ma wielką zapłatę. Moja postawa wobec tego, co przyjdzie. Mój pokój w czasie burzy, moja radość w czasie smutku, moja nadzieja w beznadziei. Na to przede wszystkim mamy mieć wpływ. O to jedynie warto walczyć. O nastawienie wobec sztormu. Nie mogę kontrolować mojego życia, bo nie mam władzy nad nim. Ktoś inny mi je dał i ktoś inny mi je odbiera. Ja mam władzę za to nad moimi myślami. Nad moim językiem. Nad moimi emocjami. Nad moją odpowiedzią na to, co ujrzę jutro.
piątek, 13 lutego 2009
Bez tytułu
Wybrałeś mniei mą milość ku Tobie
ponad to wszystko,
co dla Ciebie robię
Wybrałeś mnie
i mą miłość ku Tobie
ponad owoc mego życia
ponad mą służbę
I dlatego wołam:
zakochałam się w Tobie!
I dlatego wołam:
kocham Cię!
Choć ma miłość jest słaba
choć jest niedojrzała
dla Ciebie jest piękna
ona skarbem jest
Nawet w mej słabości
pożądasz mej miłości
nazywasz ją cudną
nie odrzucasz jej
I dlatego wołam:
zakochałam się w Tobie!
I dlatego wołam:
kocham cię!
*
Serce Pana Boga jest wspaniałe. Myślę, że żadnymi słowami ludzkimi nie da się wyrazić jego piękna. Można za to przyglądać się mu jak wschodom i zachodom słońca, wpadać w zachwyt z powodu różnorodności barw i kolorów i codzień widzieć inny jego kawałek. Mam modlitwę w sercu, którą zanoszę często do Boga. To wołanie o to, by pokazał mi jakie jest Jego serce. Chcę je znać i chcę zachwycać się nim każdego dnia. Bo bez
Pana Boga nie jestem w stanie zobaczyć Jego serca. Ani go zrozumieć. Ani doświadczyć. Jednak On słyszy nas gdy wołamy. Wychodzi nam naprzeciw. I wtedy myślimy, że to nasza tęsknota przywiodła Go do nas. Okazuje się jednak, że On zatęsknił wcześniej...
Od jakiegoś czasu przeżywam mocno to, co Pan Bóg mi pokazał o swoim sercu. Widzę Jego serce głodne mojej miłości. Serce, które tęskni za drugim sercem, które będzie pełne miłości dla Niego. Serce, które pożąda mojej miłości i jej najbardziej. Ważne jest to, co dla Niego robię. On widzi każdą rzecz, którą Mu dałam. Ale jednego Pan Bóg będzie pragnął zawsze najbardziej. Mego serca. Całego i niepodzielonego. Nieważne jest dla Niego na jakim etapie jestem w kochaniu Go. Bóg wie, że jestem w drodze. On wie, że moja miłość jest słaba. Widzi, że jest niedojrzała. Ale to mu w ogóle nie przeszkadza. On nie powołał mnie do tego, bym dzisiaj złożyła przed Nim dar z doskonałej mojej miłości. Dojrzałej i mocnej. Zamiast tego zaprosił mnie do tego, bym nie bała się dawać Mu mojej słabej miłości. Bym nie wstydziła się przychodząc złamana i niedojrzała. Bym nie kryła mojej niedoskonałej miłości przed Nim. Bo Jego myśli o mojej słabej miłości różnią się od moich. Bóg uwielbia przyjmować miłość, płynącą ze szczerego serca. Dla Niego nawet moja słaba miłość jest cenna. Jest piękna.
sobota, 13 grudnia 2008
Boże zwycięstwa
Pewien człowiek otrzymał od Boga zadanie. Bóg powiedział mu, aby pchał ścianę. Ów człowiek zabrał się z zapałem do pracy. Pchał miesiąc. Pchał drugi miesiąc. W trzecim miesiącu usiadł sfrustrowany i powiedział do Boga: „Oto powiedziałeś mi, że mam pchać tę ścianę. Pcham ją już trzy miesiące, a ona ani drgnie. Kiedy wreszcie ją przesunę?” Na to pytanie Bóg uśmiechnął się do człowieka i rzekł: „Mój drogi, ty nic nie zrozumiałeś, powiedziałem ci, abyś pchał tą ścianę, ale nic nie wspominałem o tym, że masz ją przesunąć”.Ciekawe kiedy ja się nauczę, że Boże zwycięstwa wyglądają trochę inaczej niż moje. Kiedy pojmę, że często gdy Bóg mnie o coś prosi, to nie ma wcale na myśli tego czy owego celu, ale ma na myśli cele o wiele wyższe i wspanialsze niż jestem w stanie sobie wyobrazić. Kiedy dotrze do mnie, że to, co z mojej perspektywy często wydaje się niczym, dla Boga ma wielką wartość.
Myślę sobie dziś o wszystkich tych momentach, gdy wydawało mi się, że poniosłam porażkę. Szczególnie wspominam rok 2005, bo wtedy właśnie dostałam od Pana zachętę w postaci obrazu, który pojawił się w mych myślach. Widziałam monetę. A każda moneta ma stronę z orłem i z reszką. Lecz ta moneta, którą widziałam w myślach, którą wierzę Bóg wówczas mi pokazywał i dawał, była wyjątkowa. Po jednej stronie miała napis „porażka”, a po drugiej „zwycięstwo”. Bóg obracał w moich myślach tą monetą. I mówił do mnie, że ja mam tendencje do tego, by uważać za porażkę to, co On nazywa zwycięstwem. Od tamtej pory próbuję pamiętać o tym, że Boże drogi nie są moimi drogami. Że muszę szukać Go by rozumieć Jego działanie w moim życiu i by uczyć się wciąż od Niego. Odkryłam jakiś czas temu co najbardziej mi przeszkadza w tej nauce. Wydaje mi się, że jest to patrzenie na okoliczności. Chcielibyśmy być wolni od tego. Ale często nie jesteśmy.
Więc gdy okoliczności robią się nieciekawe nam się wydaje, że to, do czego Bóg nas powołuje i czego pragnie dla nas, to, byśmy w modlitwie wpłynęli na te okoliczności. Nie mówię, że czasem rzeczywiście Bóg nas do tego nie powołuje. W końcu kto, jeśli nie dzieci Boże mają autorytet by zmieniać świat. Lecz jeśli mamy problem w zbytnim koncentrowaniu się na górach, które przed nami wyrastają, to w większości przypadków to, czego będzie pragnąć nasza dusza, to jak najszybciej usunąć tą górę z przed naszych oczu. W takiej wizji będziemy upatrywać nasze zwycięstwo. I o to będziemy się modlić. I tak jak człowiek z opowieści przytoczonej przeze mnie będziemy zawiedzeni, jeśli góra pierwszego dnia nie zniknie. Niektórzy z nas być może nawet znajdą przyjemność w biczowaniu siebie z powodu zbyt małej wiary, tymczasem Bogu wcale nie o zniknięcie tej góry może chodzić. Może więc warto czasem zmienić nasze modlitwy? Może warto modlić się o siłę, by na tą górę się wdrapać? A może Bóg ma inne pomysły? Dobry Panie, pomóż nam patrzeć na okoliczności Twoimi oczami. I pomóż nam dostrzec jakich zwycięstw dla nas pragniesz, byśmy mogli cieszyć się wraz z Tobą osiągając je. Bo TY cieszysz się naszymi zwycięstwami.
poniedziałek, 10 listopada 2008
Radość z jednej łyżeczki
Rozbraja mnie patrzenie na małe dzieci. One są takie spontaniczne i radosne. Cieszą się małymi rzeczami tak jakby wcale nie były to małe rzeczy, lecz wielkie. Tak jakby życie składało się z miliardów małych rzeczy, które są po to, by cieszyć. My dorośli często gubimy tę umiejętność, bo świat wciąga nas w gonitwę za tym, co wielkie. Te wielkie nie oznaczają wcale złych. Mogą to być dobre rzeczy. Mogą to być rzeczy, do których Bóg nas powołał, tylko nie na teraz, lecz na później. Niemniej nawet dobre cele i wizje mogą nas zaślepić jeśli przestaniemy cieszyć się małymi cudami chwili obecnej. Co więcej, jeśli stracimy radość z czynienia małych rzeczy damy się ograbić diabłu z radości czynienia rzeczy wielkich. Bo wielkie nie będą nas cieszyć, jeśli małych nie świętowaliśmy.Mój synek uczy mnie prawdziwej radości z małych rzeczy. Uczy mnie zauważać takie momenty, które warto zapamiętać i być za nie wdzięcznym. Uczy mnie czekać i cieszyć się, bo czekanie to podobno taki czas, kiedy możemy cieszyć się z tego, czego jeszcze nie ma.
Właśnie jesteśmy na etapie nauki jedzenia. Chodzi o to, by Natan nauczył się jeść inne rzeczy niż pierś mamusi w takich ilościach, by to zaspokajało jego potrzeby. Do tej pory nie osiągnęliśmy celu naszej nauki, gdyż Natanek ma swoje mocne preferencje. Pierś traktuje jako swój główny posiłek, a wszystko inne to dodatki. Uczę się cierpliwości i wytrwałości, bo jak się widzi po raz kolejny brokuły wszędzie tylko nie w buzi mojego syna, to łatwo się zniechęcić i zarzucić proces uczenia. Jednak dwa dni temu nastąpił przełom. Nabrałam na łyżeczkę krupniczek, włożyłam do buzi Natana i czekałam aż wypluje. Jednakże mój synek połknął krupniczek. „Aha – myślę sobie – a co zrobisz z kolejną?”. Nabrałam drugą łyżeczkę, podsunęłam mu pod buzie, a Natan nagle zrobił te swoje wielkie niebieskie oczy jeszcze większe, rozdziawił buzie w uśmiechu i zaczął sobie bić brawo, bo przecież połknął jedną pełną łyżeczkę zupy. Cofnęłam łyżkę z zupą i zdałam sobie sprawę z tego, że moje dziecko właśnie uczy mnie cieszyć się tą jedną zjedzoną przez niego łyżeczką zupy, i to cieszyć się w pełni, tak jakby zjadł cały talerz co najmniej. Zdecydowałam, że będę się cieszyć i będę razem z nim świętować. Podziękowałam Bogu za to, że zjadł jedną. Nabrałam kolejną. Znowu połknął i znów bił sobie brawo. Potem trzecią i dziesiątą i po każdej biłam brawo razem z nim, ciesząc się jak dziecko. Aż zjedliśmy większość zupki.
Myślę sobie dzisiaj o tym, że chcę pamiętać te wszystkie małe rzeczy, za które jestem Bogu wdzięczna. Każde ludzkie życie, do którego przemiany Bóg używa dzisiaj mnie i mojego męża. Każdą chwile, podczas której Bóg woła we mnie. Każdą pieśń, która dzięki Jego łasce rodzi się w mym sercu. Każdą prawdziwą relację, którą Bóg mi daje na teraz i na później. Każdy najmniejszy gest, który daję Natankowi składając w jego sercu depozyt. Każde spotkanie w naszym domu z tymi, z którymi Bóg nas połączył. Chcę cieszyć się nimi i świętować z ich powodu. Każda z tych rzeczy ma wielką przyszłość. A ja dziękuję ci Ojcze za to, że dziś nauczyłeś mnie patrzeć na nie tak, jak niebo na nie patrzy. Z radością.
