Tak mnie wzięło na refleksję dzisiaj. Jacy my bywamy odpowiedzialni przez duże "O" czasami. W dobrej wierze i z najlepszych motywacji. Bo kochamy ludzi. Bo Pan Bóg powierzył nam zadania wielkiej wagi. Bo jesteśmy tymi, którzy z definicji mają mieć dobry i słuszny wpływ na innych. Więc się staramy. Więc się przejmujemy. Więc działamy. A potem przychodzi ktoś, kto ma problem, o kim święcie jesteśmy przekonani, że dobrze wiemy na co jest chory i co powinien zażyć, by wyzdrowieć. Tyle, że on okazuje się, jest na co innego chory. Albo nie jest tak szybki w przyjmowaniu naszych rad, albo istnieje pięćset innych powodów, o których nie wiemy i nawet nie chcemy wiedzieć. Najważniejsze żeby mu pomóc. Jeśli nie łagodnie to na siłę. Stosując środki zastraszania i przymusu. Brzmi drastycznie? A może znajomo? Tak tak, odpowiedzialność jest czasem przytłaczająca. Co zrobić, żeby tamten to zrobił. A co zrobić, żeby ten tego nie robił. A jak nic nie skutkuje to co dalej zrobić? Jak mieć wpływ na wszystko wokół? Bo tylko tak my odpowiedzialni ludzie czujemy się dowartościowani, kiedy innych zmieniamy...Smutne ale prawdziwe. Czasem tacy jesteśmy. Chcemy mieć wpływ na rzeczy, na które wpływu żadnego nie mamy. Chcemy mieć wpływ na ludzi, na których tylko Pan BÓG może wpłynąć. I Pan Bóg specjalnie daje nam "trudnych ludzi". Żebyśmy wreszcie zobaczyli, że sami cierpimy na chorobę, bo jesteśmy odpowiedzialnocholikami. Ludźmi uzależnionymi od noszenia na swoich barach odpowiedzialności za życie innych ludzi. A takiej odpowiedzialności nigdy od Pana Boga nie dostaliśmy i nie dostaniemy. Nawet jak jesteśmy liderami. Nie wierzycie? Sami sprawdźcie w Biblii. Jedyne za co jesteśmy odpowiedzialni to nasze własne życie. Nasze własne decyzje. Nasza własna przemiana na lepsze. Więc ja tam wolę wolność. Wolność od noszenia cudzej odpowiedzialności, wolność do noszenia jedynie własnej. Co za lekkość.
